Pohoda 2017

Pohoda o 7 rano. Jedyna pora, gdy jest tu pusto.

Patrzyłem przed wyjazdem na line up festiwalu w słowackim Trenczynie i myślałem, że Pohoda jest w kryzysie, że nie wie w którym kierunku iść. Trochę starych kapel do nostalgicznego powspominania, trochę nieodkrytych talentów, które może wystrzelą a może jednak słusznie pozostaną nieodkryte. Tu gitarka, tam elektronika, ale dużo dziur w programie, których nie ma czym wypełnić.

O jak bardzo się myliłem z tym kryzysem! Bo największą gwiazdą Pohody jest białe wino pite z butelki, gapienie się na Słowaczki (czy to będzie seksistowskie, jeśli napiszemy, że nie ma brzydkich Słowaczek?), wycieczka nad rzekę, gapienie się w niebo z tysiącem uśmiechniętych ludzi obok albo przybicie piątki po wygranym meczu z mistrzem Trenczyna w piłkarzykach stołowych. Emocje, obcowanie z uśmiechniętymi ludźmi, szczęście. A w takim stanie nawet trzech zamaskowanych Niemców grających na fagotach może być gwiazdą.

Ale nie spędziliśmy tych trzech dni na upijaniu się winem. Nie tylko. Też co nieco posłuchaliśmy. Np. Slowdive. “Dobrze się bawicie?” – padło sakramentalne pytanie ze sceny. Tak, droga Rachel Goswell, bawimy się genialnie, bo ty wciąż potrafisz wywołać ciary swoją “Allison”.

Fajne jest to, że Pohoda może cię zawsze zaskoczyć. Przechodzisz koło sceny, gdzie według rozpiski gra jakiś noname z Belgii. Black Box Revelation. A tu okazuje się, że Black Rebel Motorcycle Club Belgowie ukradli nie tylko kawałek nazwy ale i sporo umiejętności oraz klimatu. Cóż że z Brukseli.

Na Pohodzie można się też na przykład dowiedzieć, że Słowacy nie kochają niezależnego rocka, o czym mogły świadczyć pustki na koncercie Thurstona Moore’a. Ale to był genialny koncert, a ja w głowie ciągle sobie powtarzałem, że muszę podziękować koleżance z podstawówki Marcie H., która dała mi do posłuchania “Experimental Jet Set, Trash and No Star”, legendarnej kapeli Thurstona. Potem już nic nie było taka sama. Dzięki Marta! Wstydźcie się Słowacy, nie wiecie co dobre.

Jest coś w tym, że najlepiej udają się festiwale, które organizują muzycy. W Polsce najlepszy klimat ma katowicki OFF, dziecko Artura Rojka. Pohoda to pomysł  Michala Kaščáka. 20 lat temu skrzyknął kolegów z kilku innych zespołów i zagrali na stadionie w Trenczynie. Była to kompletna organizacyjna porażka, z wylatującymi korkami i ochroniarzami, którzy wpuścili na lewo kilka tysięcy widzów. Ale był to też początek czegoś pięknego.

Dziś, w rocznicę tamtej Pohody, Kaščák pozwolił sobie na małą fanaberię i na jednej ze scen debiutancki skład z 1997 zagrał jeszcze raz. Urocze. Ale nie każcie nam recenzować słowackich kapel. Jak Kult nie chwyci na Słowacji, tak Słowacy nie chwycą nad Wisłą.

A wiecie co ma najmniej sensu na festiwalach muzycznych? Konferencje prasowe z muzykami. W małym kontenerze, przy 30 stopniach wszyscy mówią to samo: “kochamy to miejsce, kochamy Słowację, nigdy wcześniej o niej nie słyszeliśmy ale i tak kochamy. Wydaliśmy nową płytę, słuchajcie jej, bo jest świetna”. I tak za każdym razem. Bla bla bla. Chociaż nie, pójście na konferencję Alt-J miało sens – dowiedziałem się, że jakaś koleżanka po fachu wytatuowała sobie na ręce nazwę tego zespołu! Tatuaż Alt-J! Kapeli, o której za 10 lat będą pamiętali tylko jej członkowie i ich najbliższe rodziny! Serio?

Osiem razy byłem na tej słowackiej wersji Openera. Żaden polski festiwal nie ma takiego klimatu, nigdzie nie bawiłem się tak dobrze. Ale do ośmiu razy sztuka. Za to każdemu, kto szuka pomysłu na dobre spędzenie kawałka wakacji, polecam Pohodę z całego serca.

Reklamy