Cocomo – robi się coraz ciekawiej

uwaga

Poszedł do Cocomo i stracił milion z karty – to już było. Ale poszedł do Cocomo i obudził się we własnym mieszkaniu bez cennych rzeczy, z rozwalonymi drzwiami? Sieć klubów gogo nieustająco dostarcza “ekstremalnych” historii.

Mój ostatni konik, sieć klubów gogo Cocomo nie przestaje mnie zaskakiwać. Na razie jej szef, Jan Szybawski może triumfować, bo sąd uznał, że klient, który zapłacił w poznańskim lokalu 970 tys. złotych za szampany i pląsy tancerek, sam jest sobie winny. No cóż, nieudolna policja i prokuratura próbowały wykpić się naprędce zebranymi dowodami, więc inaczej się to nie mogło skończyć.

Ale mam lepszą, świeższą  historię związaną z Cocomo. Nie pytajcie skąd, nie pytajcie jak, ale kolejną “ofiarę” sieci klubów gogo znalazłem na forum erotycznym, gdzie koneserzy wymieniają się uwagami o jakości obsługi w agencjach towarzyskich, urodzie prostytutek, ich umiejętnościach i podobnych historiach.

Dziś na stronie pojawiła się historia pana, który postanowił przetestować klub w Łodzi. “Polazłem jak ta pizda do tego jebanego Cocomo. Wiedziałem że idę do paszczy lwa, więc zaopatrzony tylko w gotówkę, stary telefon na kartę i bez dokumentów”.

Pan został zwabiony przez naganiaczki z różowymi parasolkami – na marginesie, tylko proszę się nie denerwować ciężko pracującą klaso średnia, te panie z parasolkami zarabiają nawet po 7 tysięcy złotych, te na rurce i po 35 tys. Klient siadł, wypił piwo, pogadał z dziewczynami, a potem… Oddajmy głos zainteresowanemu:

Proszę o kolejne piwo, ale bez pigułki gwałtu. Sztuczny śmiech na twarzy mojej towarzyszki, więc się śmiejemy sztucznie oboje. Była mniej więcej 2 w nocy. Dalej nie pamiętam absolutnie nic, po prostu zero.

Kolejne fakty:

Budzę się w mieszkaniu ok godz 14, brak laptopa, brak płyt DVD, brak kluczy do mieszkania. Drzwi jakby po uderzeniu siekierą, rozjebany wizjer. What the fuck? Ani prześwitu co się działo w nocy, nic, absolutnie nic, nogi jak z waty, miałem kaca setki razy, to nie to”.

Pan ze wstydu nie poszedł na policję, nie poszedł z reklamacją do klubu, nawet na forum wpisał się pod fałszywym nickiem. Szczegóły jego historii tu.

A mnie zastanawia co te
ż musi się stać, żeby takie historie niezadowolonych klientów przestały się pojawiać co najmie
j raz w tygodniu. Panie Janie?

Reklamy

Bohater naszych czasów

 

Jan Szybawski czyli polski Wilk z Wall Street?

Ostatnie dni spędzam głównie na zgłębianiu interesów Jana Szybawskiego, twórcy sieci klubów Cocomo, gdzie setki dziewczyn wieczór w wieczór tańczą nago na rurze. Biznesmen otworzył ponad 20 lokali w całej Polsce, zatrudnia, jak twierdzi ponad 2000 ludzi, a przewija się przez jego przybytki ok. 30 tys. panów miesięcznie.

Sławę Szybawskiemu przysporzył klient, który w klubie w Poznaniu zostawił 970 tys. w jedną noc (a właściwie dzień, bo pan wyszedł z klubu kilka minut po godz. 16). Oprócz tego dziesiątki klientów w całym kraju twierdzą, że zostali oszukani w Cocomo, bo ktoś im czegoś dosypał i wbrew własnej woli wydali więcej niż chcieli.

Nie wnikam teraz, czy w Cocomo naciągają, dosypują, czy panowie wydają fortunę z własnej woli, a potem próbują odzyskać pieniądze z pomocą policji (wśród nich moim faworytem jest 30-latek, który na komisariat przyszedł z mamą).

Ale fascynuje mnie postać Szybawskiego. To nowy typ biznesmena, niektórzy powiedzą oszusta, bohatera naszych czasów. Kluby Cocomo otworzył prawdopodobnie za pieniądze z poprzedniej firmy, biura tłumaczeń „Symultanka”, za interesy której trafił na 11 miesięcy do aresztu, prokuratura uznała jej działalność za przestępstwo, a Szybawskiego za przywódcę grupy przestępczej. Proces w tej sprawie jeszcze się nie rozpoczął, ale to temat na inną opowieść, pod roboczym tytułem „O nieudolności prokuratury polskiej”.

Szybawski działa na wyobraźnię. Jeździ ferrari, ubiera się jak skrzyżowanie Tony’ego Soprano z Cristiano Ronaldo, bez żenady opowiada, że interesuje go przede wszystkim zrobienie jak największych pieniędzy, a dylematy moralne i etyczne zostawia innym. Lekko łączy gorliwy katolicyzm z zarabianiem na striptizie.

Rozmawiałem na jego temat z wieloma policjantami, urzędnikami, ludźmi zorientowanymi tu i ówdzie. Jak mantrę powtarzają, że za Szybawskim ktoś musi stać. Ale im lepiej go poznaję, tym bardziej przekonuję się, że stoi za nim tylko jego bezczelna pewność siebie, obsesyjna determinacja w dążeniu do osiągnięcia celu oraz słabość państwa polskiego, którą Szybawski bezwzględnie wykorzystuje. Po co mu koncesja na alkohol, jak może to obejść robiąc imprezę zamkniętą? Dlaczego ma nie otwierać lokalu gogo w reprezentacyjnym punkcie miasta, skoro urzędnicy nie potrafią ochronić tego miejsca przed takimi przybytkami? Takie przykłady można by mnożyć.

Szybawski pod względem gestów, sposobu mówienia, języka ciała, życiowej filozofii przypomina mi innego „biznesmena”, który do niedawna zaprzątał moją wyobraźnię. O Marcinie Plichcie, szefie Amber Gold, też spekulowano, a niektórzy robią to do dziś, kto to za nim nie stoi. Tusk, mafia włoska, mafia rosyjska, mafia gdańska. Niektórzy nawet książki o tym pisali. Ja od początku lansowałem tezę, że to zwykły drobny cwaniak, który wyrósł na słabości państwa. Oszukiwał dopóki mógł, a mógł długo i skutecznie. Ale wszystko wskazuje na to, że kradł sam, co najwyżej z żoną.

Nie życzę twórcy Cocomo, żeby skończył jak Plichta, który od ponad półtora roku siedzi w areszcie. Na razie policja i prokuratura skompromitowały się, próbując aresztować tancerki z poznańskiego Cocomo. Sąd wyśmiał śledczych, a Szybawski odtrąbił sukces i nabrał wiatru w żagle. Poczuł się na tyle pewnie, że na środę zwołał konferencję prasową. Ale gdy przeczytałem dziś zaproszenie od Szybawskiego, przypomniała mi się słynna konferencja Marcina Plichty. Dla twórcy Amber Gold spotkanie z dziennikarzami było początkiem końca. Jak zakończy się dla twórcy Cocomo? Coś czuję, że emocji nie zabraknie…

Nepotyzm zalegalizowany

W poniedziałek do rządu wraca Marek Sawicki. Znowu będzie ministrem rolnictwa. A tym samym premier Donald Tusk wyjaśni na przykładzie Sawickiego co znaczy powiedzenie „robić z gęby cholewę”. Zamiast zbędnych dywagacji – zwięzłe kalendarium:

16.07.2012 – Puls Biznesu i Gazeta Wyborcza opisują nepotyzm w agencjach i spółkach podległych ministrowi rolnictwa.

18.07.2012 Sawicki podaje się do dymisji.

19.07.2012 w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zaczyna się kontrola prowadzona przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Trwa 30.11.2012.

26.07.2013 Michał Deskur, wówczas zastępca szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wysyła do ARiMR wystąpienie pokontrolne. Druzgocące dla Agencji i nadzorującego ją ministra Sawickiego. Oto kilka wyimków:

– 28 procent członków kierownictwa Agencji ma w firmie członka rodziny lub osobę bliską.

– „Potwierdziła się wysoka skala zatrudnienia w Agencji członków rodzin. Ponadto ujawniono przypadki nepotyzmu i kumoterstwa.”

– „Za niecelowe należy uznać sfinansowanie ze środków Agencji w magazynie „Gala” w sierpniu 2011 r. wywiadu z panem Markiem Sawickim, w okresie poprzedzającym wybory. (…) Z ministrem przeprowadzono sponsorowany wywiad pt. „Pamiętam o korzeniach” w specjalnym wydaniu dwutygodnika „Gala” z okazji sprawowania przez Polskę przewodnictwa w Radzie UE. Koszt publikacji wyniósł 25 tys. zł. Artykuł sfinansowano ze środków dotacji podmiotowej przeznaczonej na dofinansowanie bieżącej działalności Agencji w 2011 r. w zakresie działalności informacyjno-promocyjnej. (…) Wydanie publikacji odbyło się w okresie poprzedzającym wybory do Sejmu i Senatu”.

– „Sfinansowanie (blisko 1.8 mln zł) spotów telewizyjnych, wykorzystujących wizerunek Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Prezesa ARiMR było niecelowe i naraziło na zarzit nadużywania zajmowanych stanowisk publicznych w celach autopromocji w 2011 r. w okresie kampanii wyborczej do Sejmu i w 2012 r. w czasie Euro 2012 (w listopadzie 2012 r. miał miejsce kongres Polskiego Stronnictwa Ludowego).

13.03.2014 do dymisji podaje się następca Sawickiego, Stanisław Kalemba.

17.03.2014 Sawicki znów zostaje ministrem.

Jeszcze w lipcu 2012 Gazeta Wyborcza pisała, że na dymisję Sawickiego nalegał premier, oburzony nepotyzmem w resorcie rolnictwa. Pytanie za sto punktów – co się stało między lipcem 2012 a marcem 2014, że premier przestał się oburzać nepotyzmem tolerowanym lub wręcz wprowadzonym przez Sawickiego?

Jak to z Talibami w Klewkach było

15 milionów, które miał skasować polski wywiad za udostępnienie na Mazurach pomieszczeń pod więzienia CIA, uruchomiło na nowo dyskusję o lepperowych “Talibach w Klewkach”.

Pal licho, jeśli swoje teorie spiskowe na bredniach Leppera buduje bloger Matka Kurka, ten sam który skompromitował się oczernianiem Jerzego Owsiaka. Ale jeśli tych argumentów do chłostania kolegów używa w TOK FM Roman Kurkiewicz, a dziennikarz Rzeczpospolitej ubolewa na Twitterze, że szkoda mu Leppera, z którego zrobiono wariata, to czas powiedzieć stop! Mam już dość czytania i słuchania bzdur na ten temat. Stąd krótka i pomocna ściągawka dla kolegów dziennikarzy, którym albo się nie chciało albo nie potrafili sprawdzić kilku faktów.

29 listopada 2001 Sejm debatuje nad odwołaniem Andrzeja Leppera z funkcji wicemarszałka. Ten zgodnie z zasadą, że najlepszą obroną jest atak wyskakuje na mównicy i oskarża kilku polityków o korupcję. Rzuca również, że ma informacje o lądowaniu w Klewkach na Mazurach Talibów, zaopatrujących się tam w bakterie wąglika. Tak rodzi się jedna z legend III RP.

Źródłem tych rewelacji jest Bogdan Gasiński. W przeszłości kontroler biletów, zootechnik i oszust ścigany przez prokuraturę. Już pół roku później Gasiński w rozmowie z Gazetą Wyborczą przyznaje: “Ja pani mówię, jak jest. Ta sprawa, którą podnosił Lepper [29 listopada 2001], jest cała wymyślona przez niego”. („Nie kłamię, że kłamałem”, Gazeta Wyborcza nr 110, wydanie z dnia 13/05/2002)

Nie uwierzyła w to Maria Wiernikowska, która poszła tropem Klewek i stworzyła reportaż oraz książkę “Zwariowałam”. Występuje tam m.in. jasnowidz z Człuchowa, a całość “odsłania obraz kraju korupcji, przemożnych układów wywodzących się z PRL i ciągłej obecności dawnych służb komunistycznych” – jak pisał o reportażu Bronisław Wildstein.

Lepper, Wiernikowska, jak i inni mówiący o Talibach w Polsce, słyszeli, że coś dzwoni, ale kościół, gdzie biły dzwony był bardzo daleko.

Cała historia zaczyna się w 1997 r. Wtedy Aleksander Makowski, polski szpieg na emeryturze, odświeża znajomość z biznesmenem Rudolfem Skowrońskim i razem (korzystając zapewne z wywiadowczych kontaktów) jadą do Afganistanu. Tam w Dolinie Pandższeru poznają Ahmada Szaha Masuda – z pochodzenia Tadżyka, przywódcę Sojuszu Północnego. UWAGA! Teraz będzie ważne: Sojusz Północny był śmiertelnym wrogiem Talibów, a sam Masud został 09.09.2001 zamordowany przez współpracującą z Talibami Al Kaidę.

Makowski ze Skowrońskim do Afganistanu jeździli ok. 10 razy. W planach mają handel afgańskimi szmaragdami, Polacy mają drukować dla Afganistanu banknoty i dostarczać broń oraz maszyny górnicze. Interesy powoli ale idą do przodu.

Jak twierdzi Makowski, od 1998 r. jego wizyty w Azji mocno zainteresowały Amerykanów, po wybuchach bomb przez ich ambasadami w Kenii i Tanzanii: “Wiadomo było, że stoi za tym Bin Laden. Myśmy już wtedy dostarczali informacji o miejscach jego pobytu, w zasadzie codziennie, bo wywiad Masuda wiedział, gdzie on jest. I mógł śledzić jego ruchy. Tyle że Amerykanie zupełnie nie mieli pomysłu, co z nim zrobić.”

Informacje od Makowskiego i jego afgańskich informatorów bardzo mocno zaszkodziły Talibom i Al Kaidzie. Twierdzenie, że ich przedstawiciele mieli lądować u współpracownika Makowskiego i brać od niego bakterie wąglika jest kuriozalne.

Zwłaszcza, że po 11 września 2001 interesy Sojuszu Północnego i Skowrońskiego zakończyły się. Niespełna miesiąc po zamachach zaczęła się amerykańska inwazja na Afganistan i marzenia o szmaragdowym biznesie prysły.

A co robili w Polsce Afgańczycy od Masuda? Rudolf Skowroński zapraszał ich do swojej posiadłości na Mazurach. Jak przyznaje Makowski, zdarzało się, że latali śmigłowcami: “Dla nich to była bardzo dobra meta, bo jedno z największych skupisk Afgańczyków, często wpływowych, było w Niemczech. Mieli więc niedaleko do swoich ziomków”.

To właśnie wtedy Gasiński, który u Skowrońskiego pracował od września 1999 do kwietnia 2001 r. mógł widzieć egzotycznych gości w Klewkach. Ale bardziej skupiał się chyba na okradaniu Skowrońskiego – w tym czasie miał wyprzedać należące do biznesmena krowy, sprzeniewierzył też pensje pracowników. Według prokuratury Gasiński dokonał w Klewkach oszustwa na 700 tys. złotych.

I na pewno ani Gasiński, ani Lepper nie mieli w listopadzie 2001 r. wiedzy o żadnych więzieniach CIA w Polsce. Dlaczego? Bo Abd al-Rahim al-Nashiri i Abu Zubaida wylądowali na lotnisku w Szymanach 5 grudnia 2002. Czyli w Starych Kiejkutach pojawili się ponad rok po show Leppera w Sejmie.

W ramach ciekawostek – umowę Skowrońskiego z Masudem dotyczącą szmaragdów pilotował znany warszawskich mecenas Robert Smoktunowicz. 

Wnioski z tej historii płyną smutne. Świat objaśniają nam w mediach ludzie, którzy nie interesują się światem, dla których każdy Afgańczyk to Talib i terrorysta. W poważnych redakcjach nie brakuje ludzi, którzy nie potrafią łączyć faktów, ustalać związków przyczynowo-skutkowych, mają problem z ustaleniem chronologii wydarzeń, nie czytają ogólnodostępnych informacji. Kończy się biciem piany i robieniem ludziom wody z mózgu. Chyba słyszę chichot Leppera za grobu…

Ps. Cytaty z Aleksandra Makowskiego pochodzą z bardzo dobrej książki „Zawód szpieg” Michała Majewskiego i Pawła Reszki.

Jak w pijackim widzie

Po tragedii w Kamieniu Pomorskim pierwsi obudzili się politycy. Chociaż często wydaje mi się, że Himalaje hipokryzji już zostały osiągnięte, oni ciągle wspinają się wyżej.

Zamiast chwili zadumy, refleksji nad śmiercią sześciu osób, ordynarna polityczna jatka, jak przekupy na targowisku: “wyższe kary za jazdę po pijaku!”, “konfiskata samochodu!”, “czerwona naklejka na samochodach pijanych kierowców!

Pomysły głupie, głupsze i najgłupsze. Licytować można dalej, za chwilę ktoś zażąda kary śmierci. Ale nikt nie zadaje sobie pytania, czy to ma sens. Stany Zjednoczone mają surowe prawo, łącznie z karą śmierci. Czy dzięki temu są bezpieczniejszym krajem? Nie sądze, statystyki przestępczości temu przeczą. Za to mają w USA największą liczbę wieźniów przypadającą na mieszkańca i miliardy dolarów topione w niewydolnych więzieniach.

Tysiące pijanych kierowców w Polsce to nie wynik łagodnego prawa, ale społecznego przyzwolenia na jazdę po pijaku. Nie jestem naukowcem, żeby wnikać skąd to przyzwolenie się bierze. Ale mam głębokie przekonanie, że fatalny przykład idący od elit, ma na to swój delikatny wpływ. Dlaczego po pijackich wyczynach posła Wiplera, Kaczmarka, Biernata albo wcześniej Cieślaka ich koledzy nie potępili tych zachowań? Dlaczego nie spotkał ich ostracyzm?

Wiem, że żaden z nich nikogo po pijaku nie zabił. Ale ich wyczyny i tolerancja albo nieme przyzwolenie dla nich innych polityków utrwalają polską kulturę picia, która w efekcie prowadzi do takich tragedii jak w Kamieniu.

A skoro fatalny przykład dają posłowie, czyli wybrańcy narodu, to dlaczego mielibyśmy więcej wymagać od samego narodu? Zatem panowie posłowie! Zanim zaczniecie znowu dzielić się swoimi pomysłami, spójrzcie w lustro i policzcie w pamięci ilu pijanych kolegów wsiadło przy was po imprezie do samochodu, z iloma sami jechaliście i ile razy pozwoliliście na podobne zachowania. A potem możecie licytować dalej…

Hiena dla wszystkich

Kilka dni temu Paweł Sito napisał na Facebooku smutną notkę podsumowującą ostatnie wyczyny polskich dziennikarzy:

sito

Wiadomości, ale bynajmniej nie w trybie przeprosin czy sprostowań, tylko ot takie ciekawostki w mediach z ostatnich 24 godzin:

– Hofman nie popełnił przestępstwa. Jednak.

– Macierewicz nie dał do tłumaczenia na rosyjski raportu o likwidacji WSI przed ukończeniem jego pisania. Jednak.

– Afery korupcyjnej w Sopocie nie było. Jednak.

Najbardziej obecnie wiarygodne media to prąd, woda i gaz jak dla mnie.

Trudno nie zgodzić się z legendarnym szefem Radiostacji. Jak doda się do tego jeszcze żałosne wygibasy wokół chorego Andrzeja Turskiego, przygnębiający obraz polskiego dziennikarstwa AD 2013 mamy w pełnej krasie.

Mylić się można. Kłamać już nie bardzo. Za błędy trzeba przeprosić. Udawać, że się nic nie stało – niekoniecznie. Dziennikarz ma zdobywać wiedzę a nie udawać, że wie wszystko. Niby oczywiste. Ale nie dla polskich mediów. Zbiorowa amnezja. I dotyczy to wszystkich redakcji. Jednych mnie, innych bardziej. Ale dziadostwa było w tym roku tyle, że nie zabraknie dla nikogo.

Obraz nędzy i rozpaczy rozmydlają trochę przyznawane na koniec roku nagrody dziennikarskie. Ale nawet z nimi krucho, zamiast łączyć – dzielą, ich prestiż spada, jak spadają wymagania wobec nominowanych i nagradzanych. Tylko kandydatów do “hieny roku” nie brakuje. Ale tu odpuściłbym w tym roku selekcję i nominacje. “Hiena” należy się nam wszystkim zbiorowo, jako profesji, która od dłuższego jest w czarnej d… i nie za bardzo wie, jak z niej wyjść.

Z dziejów głupoty w Polsce czyli sataniści w Sejmie

Karierę robi ostatnio w Polsce blog ASZdziennik. Strona kabaretowo-satyryczna, autorzy wyraźnie zaznaczają, że publikują newsy ZMYŚLONE. Poczucie humoru na raczej wysokim poziomie, więc popularność zasłużona. Ostatnio napisał o nich nawet branżowy PRESS.

Ale to nic z w porównaniu z zaszczytem, który kopnął ASZdziennik kilka dni temu. Otóż ich niepoważnego newsa wziął na warsztat ktoś z jakże poważnego Naszego Dziennika. Niby zaznaczył, że news zmyślony, ale nie przeszkodziło mu to wysmażyć w oparciu o niego całkiem pokaźnego elaboratu. Żarty ASZdziennika pozwoliły wysnuć Naszemu Dziennikowi teorię, że w Sejmie nie brakuje satanistów…

Autor tego dzieła, Tomasz M. Korczyński przedstawia się na Twitterze jako „doktor nauk humanistycznych, socjolog, publicysta, ekspert ds. zjawiska prześladowań chrześcijan w świecie”. Nie mam doktoratu, ale do dziś myślałem, że do jego otrzymania czytanie ze zrozumieniem jest niezbędne. Cóż, człowiek uczy się całe życie…

Ps. Dzięki za inspirację http://glosrydzyka.blox.pl/html

Fartuszek dla posła

Jest w języku polskim takie piękne powiedzenie “robić z gęby cholewę”. Jest też “rzucać słowa na wiatr”. Albo “obiecywać gruszki na wierzbie”. Wszystkie znaczą mniej więcej to samo. I wszystkie nadają się idealnie do wyszycia na fartuszku, który wierni wyborcy powinni podarować pod choinkę posłowi Józefowi Lassocie.

A szczególnie o taki prezent powinni zatroszczyć się mieszkańcy gminy Mogilany. Ich miejscowość dzieli na pół ruchliwa “zakopianka”. Żeby dojść do szkoły albo sklepu trzeba pokonać cztery pasy pełne pędzących aut. Na prośbę o sygnalizację świetlną Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad odpowiada, że to niemożliwe, ograniczenia prędkości wielu kierowców nie przestrzega. Skutki są tragiczne.

Rozwiązaniem byłoby przejście podziemne lub kładka nad “zakopianką”. Oczywiście problemem jest brak kasy. Ale mieszkańcy Mogilan naiwnie uwierzyli, że skoro mają swoich przedstawicieli w Sejmie, a w dodatku ci przedstawiciele należą do rządzącej od kilku lat koalicji to może poprosić o pomoc jednego albo drugiego posła?

Jak pomyśleli, tak zrobili. Wśród posłów, którym postanowili zaufać był wspomniany Józef Lassota. Poseł się pewnie ucieszył, bo dzięki złożonemu w marcu 2012 r. zapytaniu mógł poprawić poselskie statystyki, oświadczenie w sprawie kładki wylądowało nawet na youtube’a.

Lobbystą pan poseł okazał się mizernym, minister Nowak przekazał mu grzecznie acz stanowczo, że ma jego prośby w głębokim poważaniu.

Walkę posła doceniały media, zapraszały, pozwalały mu dać wyraz trosce i oburzeniu, z uznaniem przyjmowały jego zabiegi. Jeszcze trzy tygodnie temu pan Lassota zapewniał w telewizji, że “podejmuje interwencje i będzie podejmował je aż do rozwiązania tego problemu”.

I oto nadchodzi ten dzień! 13 grudnia 2013 roku Sejm głosuje kolejne poprawki do budżetu. Wśród nich jedna, złożona przez grupę posłów PIS, zakłada sfinansowanie budowy kładki przez “zakopiankę” w miejscowości Gaj, gmina Mogilany. To może być piękne zwieńczenie długich starań, nie potrzeba heroizmu, no chyba, że za taki uznamy zagłosowanie za pomysłem politycznych przeciwników. Wystarczy nacisnąć przycisk. Raz. I rękę podnieść. Wybija godzina 12:58 i 23 sekundy. I co? I pstro!

Poseł Józef Lassota zagłosował przeciw sfinansowaniu kładki w Gaju. Tak samo zresztą jak jego partyjna koleżanka Jagna Marczułajtis, która wcześniej też o bezpieczne przejście walczyła, pisząc zapytanie.

– Posłowie Prawa i Sprawiedliwości wiedzieli, że ta poprawka nie mieści się w ramach budżetu państwa – tłumaczył się dziś Lasota w Radiu Kraków, nazywając poprawkę “poplistycznymi fajerwerkami”. I to mówi człowiek, który podczas tego samego głosowania poparł przekazanie z budżetu państwa 12,7 miliona złotych na starania Krakowa o przyznanie zimowych igrzysk olimpijskich, czyli „populistyczną bombę atomową”.

To jak będzie z tym fartuszkiem dla posła?

Po prostu amnezja, panie Tomku

Adam Rapacki jako ekspert u Tomasza Sekielskiego. Z programu nie dowiemy się, że b. wiceminister lobbował w sprawie recyklingu akumulatorów

Adam Rapacki jako ekspert u Tomasza Sekielskiego. Z programu nie dowiemy się, że b. wiceminister lobbował w sprawie recyklingu akumulatorów

Szczęście w nieszczęściu ma Tomasz Sekielski. Dzięki temu, że w poprzednim programie zlustrował jednego z ekspertów Antoniego Macierewicza, a w ostatnim odcinku wrócił do tego tematu, mało kto zwrócił uwagę na drugi reportaż wyemitowany w programie “Po prostu” 10.12.2013. A to jest dopiero żenująca historia…

We wrześniu 2013 Cezary Łazarewicz publikuje w Tygodniku Powszechnym tekst “Orzeł może”, o tym jak lobbyści na zlecenie spółki Orzeł Biały SA rozpętują akcję zmierzającą do zablokowania zmian w ustawie, które godzą w interesy Orła Białego. Rzecz dotyczy liberalizacji przepisów o recyklingu i utylizacji akumulatorów, jednych z najbardziej restrykcyjnych w Europie, by dostosować ją do wymogów unijnych. Wiązałoby się to z rozbiciem monopolu trzech firm, które zajmują się w Polsce utylizacją odpadów akumulatorowych.

Łazarewicz opisuje m.in. pseudospontaniczne akcje społeczne, za którymi stali lobbyści i „liderzy opinii” (np. były wiceminister spraw wewnętrznych Adam Rapacki) oraz inne działania, dzięki którym ustawę udało się zablokować.

Adam Rapacki o akumulatorach rozmawiał m.in. w Rzeczpospolitej

Adam Rapacki o akumulatorach rozmawiał m.in. w Rzeczpospolitej

Po tekście Łazarewicza wybucha krótkotrwała burza, kilka osób oburza się standardami rodem z bananowej republiki, wojnę dziennikarzowi wypowiada firma MDI, która prowadziła kampanię dla Orła Białego. Mija kilka miesięcy i…

… i do tematu akumulatorów wraca Tomasz Sekielski. Zajął się kulisami akcji prowadzonej dla Orła Białego? Rozpracował powiązania lobbystów i polityków? Niekoniecznie.

Sekielski zachowuje się, jakby afera rozpętana przez Łazarewicza była bąkiem puszczonym w towarzystwie, który należy przemilczeć, udać że nic się nie stało. W programie TVP nie ma ani słowa o wątpliwych działaniach Orła Białego, którego prezes zresztą wkrótce po wrześniowym zamieszaniu zrezygnował, zero informacji o działaniach lobbystów. Za to Adam Rapacki, lobbysta pracujący dla Orła Białego jest głównym ekspertem w reportażu “Po prostu”. Generał chodzi po mediach i przekonuje, że zmiana ustawy doprowadzi do katastrofy ekologicznej – pisał we wrześniu Łazarewicz. Chodził, chodził i wychodził.

A o czym właściwie jest materiał Sekielskiego? Dobre pytanie. Najpierw pojawiają się sugestie, że to skandal, że polskie akumulatory wyjeżdżają nielegalnie na Litwę. Ale nie dowiadujemy się na czym ten skandal polega. Może dlatego, że w Unii Europejskiej obowiązuje swobodny przepływ towarów i żadnego skandalu tu nie ma.

Pojawia się też sugestia, że wywożenie akumulatorów na Litwę może być niebezpieczne dla środowiska, ale żadnego dowodu na to Sekielski nie podaje. Nie kwestionuje legalności litewskich odbiorców, ani ich metod działania.

W czym zatem rzecz? Z programu Sekielskiego trudno się tego dowiedzieć. Po obejrzeniu można jednak wysnuć wniosek, że głównym pokrzywdzonym procederem pokazanym w “Po prostu” są firmy przetwarzające akumulatory. I skoro branża zablokowała liberalizację ustawy o recyklingu i utylizacji akumulatorów w kraju, może przyszedł czas na zagraniczną konkurencję? Szkoda, tylko że robi to rękoma znanego dziennikarza na antenie publicznej telewizji… A jakieś tam afery z lobbystami? Kto by o tym pamiętał…

UPDATE: Czego nie wyjaśnił Tomasz Sekielski, wyjaśnili na twitterze Bartosz Piłat i Maciej Kuciel oraz Daniel Liszkiewicz, koledzy dziennikarze,  zajmujący się odpadami fachowo. Do wywożenia zużytych akumulatorów potrzebne jest odpowiednie pozwolenie. To jego brak tak raził red. Sekielskiego. Po uzyskaniu tego dokumentu, można jechać z akumulatorami choćby i na Litwę. Więcej szczegółów tutu.

Czego nie mówi agent Tomek i jego Kasia

Poseł Tomasz Kaczmarek i Cezary Gmyz zgotowali coś razem już nie pierwszy raz 🙂

Problemy posła Tomasza Kaczmarka zaczęły się w piątek na Rondzie Zesłańców Syberyjskich w Warszawie. Ale wygląda, że jeszcze więcej biedy napyta sobie za sprawą publikacji, która miała ratować mu skórę. Zupełnie przypadkiem fotoreporter tygodnika Do Rzeczy zrobił kilka zdjęć agentowi i jego partnerce, a dziennikarz Cezary Gmyz ustalił (bo dziennikarze w Polsce, a szczególnie prawicowi, nie informują, oni „ujawniają”, „docierają do informacji”, od biedy „ustalają” – te słowa koją nasze rozbuchane, dziennikarskie ego), że porsche rozbite przez Tomasza Kaczmarka należy do Katarzyny Sztylc, obecnej wybranki serca ex-agenta.

Redaktor Gmyz ustalił, że rozbite auto kosztowało 289 tys. a z jego dalszych ustaleń wynika, że pani Sztylc miała zarobić na porsche pracując w firmie Plaza sp. z o.o. Cytuję ustalenia: „34-letnia olsztynianka zasiada w zarządzie firmy Plaza sp. z o.o., w której ma połowę udziałów. Firma zajmuje się między innymi marketingiem i nie korzystała z publicznych pieniędzy”.

I wszystko byłoby super, tylko jest jedna głupia sprawa. Bo jak ustalił Szymon Jadczak na blogu „Pisane na ostro” (teraz dopiero czuję, jaką przyjemność daje napisanie takiego zdania, jest moc!) pani Kasia Sztylc w firmie Plaza zarabia pieniądze od 18.09.2013. Wcześniej za bardzo nie mogła bo firma dopiero w połowie września została zarejestrowana. Tak wynika z danych w KRS:

Screenshot_2013_11_27_21_36_39

Więc albo partnerka agenta Tomka jest geniuszem biznesu i zarobiła w niespełna dwa miesiące 289 tys. na porsche i jeszcze jakieś drobne  na życie, albo redaktor Cezary Gmyz musi coś jeszcze poustalać.

Oczywiście jest też szansa, że pani Sztylc dorobiła się na dobroczynności, bo jak ustalił Gmyz  „jest znana z działalności w stowarzyszeniu Europejskie Centrum Wsparcia Społecznego Helper”. No ale takich tłumaczeń to nikt o IQ powyżej 30 nie kupi.

Według KRS pani Sztylc mogła jeszcze zarobić w kancelarii EXEO, gdzie była wspólnikiem w latach 2008 – 2010, ale 20 stycznia 2010 pożegnała się z tą kancelarią. Wniosek? Albo pan Gmyz czegoś niedoustalił, albo agent Tomek czegoś nie doprecyzował, albo pani Sztylc musi nam jeszcze o czymś powiedzieć. 

Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami. Zobaczcie jak oni razem ładnie wyglądają!