Firma właściciela Wisły zajęta przez Urząd Skarbowy. Teoretycznie klub może zostać zlicytowany za długi Meresińskiego

Udziały w spółce Projekt-Gmina.pl, która miała kupić od Telefoniki Wisłę Kraków cały czas są zajęte przez Skarb Państwa, na poczet zobowiązań Jakuba Meresińskiego. Jeśli zostanie on prawomocnie skazany za wyłudzenie VAT-u, udziały w Wiśle mogą zostać zlicytowane przez komornika na pokrycie szkód wyrządzonych przez biznesmena.  

Akta jedynej firmy, którą aktualnie posiada Jakub Meresiński w Polsce

W Krajowym Rejestrze Sądowym na 17 sierpnia 2016 Jakub Meresiński, przedstawiający się jako nowy właściciel Wisły Kraków figuruje tylko w jednej firmie. Jest prezesem i właścicielem 970 udziałów (pozostałe 30 udziałów ma pani Ewa Katarzyna Ptak) w firmie Projekt-Gmina.pl. Firma ma bardzo szeroki zakres działalności, ale z dokumentów w sądzie nie widać, żeby działała szczególnie aktywnie. Nie ma żadnych raportów, informacji o prowadzonej działalności. Jest jedynie bogata korespondencja między sądem a Urzędem Skarbowym w Częstochowie.

Wniosek o zajęcie udziałów w firmie Meresińskiego

Wynika z niej, że gdy w prowadzonym przez Prokuraturę Okręgową w Częstochowie śledztwie, dotyczącym przekrętów na VAT-cie Meresiński usłyszał zarzuty, śledczy wystąpili o zabezpieczenie jego majątku. Na poczet 5 milionów złotych, których wyłudzenie początkowo zarzucano Meresińskiemu (potem zarzuty rozszerzono do kwoty dwa razy wyższej) 17 czerwca 2015 r. sąd w Warszawie podjął decyzję o zajęciu udziałów w Projekcie-Gmina.pl przez Naczelnika Drugiego Urzędu Skarbowego w Częstochowie.

W tym czasie doszło jednak do reformy postępowania karnego w Polsce, wprowadzono zasadę kontradyktoryjności. Dla Meresińskiego miało to znaczenie o tyle, że od lipca 2015 r. prokurator nie może już zajmować majątku jako sankcji w toczącym się postępowaniu. Więc urząd skarbowy powinien się zgłosić do sądu Warszawie z wnioskiem o uchylenie zajęcia udziałów w Projekcie-Gmina.pl. I nawet się zwrócił. Ale popełnił błędy formalne, więc wniosek został zwrócony do uzupełnienia. Jednak urząd do dziś nie zareagował a udziały Meresińskiego są nadal zajęte przez Skarb Państwa.

Co to znaczy dla Wisły i jej nowego właściciela? – Udziałów w Projekcie-Gmina.pl pan Meresiński na pewno nie może w jakikolwiek sposób zbyć – zaczyna wyliczać komornik, którego zapytałem o tę sytuację. – Nie da się ich w żaden sposób obciążyć, więc właściciel może zapomnieć np. o wzięciu kredytu na potrzeby klubu. Nie może ich oczywiście nikomu przekazać. I jest jeszcze jedna kwestia – zauważa komornik. – Jeśli Jakub Meresiński zostanie skazany prawomocnym wyrokiem, a sąd nakaże mu zwrot wyłudzonych pieniędzy, na poczet tej wierzytelności mogą zostać zlicytowane udziały w Wiśle Kraków. Ale do tego oczywiście daleka droga.

Inna sprawa, że po przejrzeniu akt firmy Meresińskiego jestem pewien, że albo Bogusław Cupiał w ogóle nie sprawdził, komu sprzedaje Wisłę, albo ludzie odpowiedzialni za to sprawdzenie powinni znaleźć sobie inne zajęcie.

UPDATE: Warto jeszcze dodać, że Meresiński jako prezes łamie prawo, bo od 2013 roku nie złożył ani jednego sprawozdania finansowego ani sprawozdania z działalności spółki.Dlatego ciężko powiedzieć, czy jego firma w ogóle prowadzi jakąś działalność i czy ma jakiś majątek. Z akt wynika jedynie, że wynajmuje biuro o powierzchni 85 metrów kw. w centrum Warszawy…

UPDATE 2: Po ukazaniu się wpisu Jakub Meresiński zamieścił tweet ze zdjęciem pisma informującego, że zajęcie udziałów zostało uchylone. Ze względu na wymóg rzetelności i staranności dziennikarskiej zamieszczam tu ten wpis:

 

Reklamy

Kłamczuszek Piotr, kłamczuszek Paweł

Zrzut ekranu 2014-12-16 o 23.11.17

Zasada, która wygląda ładnie na stronie. Ale ktoś zapomniał wprowadzić ją w życie.

„Klienci wybierają „Piotra i Pawła”, bo to sklepy, w których to oni czują się najważniejsi. Tutaj mogą być pewni szerokiego wyboru wysokiej jakości produktów i wyjątkowo przyjaznej atmosfery podczas zakupów” – czytam na stronie delikatesów premium z Wielkopolski i skacze mi ciśnienie od tego bełkotu.

A wszystko po zakupach, które dziś z „Piotra i Pawła” w warszawskim Blue City przyniosła moja ukochana. Dziewczyna zapracowana, wpadła do sklepu po 21, liczyła na „wysokiej jakości produkty i wyjątkowo przyjazną atmosferę podczas zakupów” (ech ta nowomowa z korporacyjnych stron…)

Okazało się, że ani jakości, ani niczego dobrego po zakupach nie powinna się tego dnia spodziewać. Bo tuż po wypakowaniu zakupów w domu okazało się, że kiełki mają datę ważności do 16 grudnia. Czyli aż przez niecałe trzy godziny…

DSC_0019 (1)

Oszukane kiełki z datą ważności kończącą się za niecałe trzy godziny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ok, pomyślałbym, że to wypadek przy pracy, wpadka. Ale za chwilę wypakowaliśmy łososia. I historia się powtórzyła: data ważności obowiązuje przez następne 2 godziny 38 minut. Wow…

DSC_0021

Ten łosoś najlepsze chwile ma już za sobą…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A najbardziej oburzające w całej sytuacji jest to, że gdy wczytać się w stronę „Piotra i Pawła”, znajdziemy tam zakładkę „5 gwarancji – jakość i niskie ceny”.

A wśród nich gwarancja numer 2: „Świeże produkty W Piotrze i Pawle nie znajdziecie produktów przeterminowanych lub w ostatnim dniu przydatności do spożycia”.

Jasne. Jak to mówili u mnie na podwórku: „dobry kit póki świeży”. No tak, ale słowo „świeżość” w przypadku „Piotra i Pawła” jest chyba nie na miejscu…

UPDATE:

Odezwał się do mnie Piotr i Paweł:

„Szymon tak jak obiecywaliśmy, rozmawialiśmy w tej sprawie z Kierownictwem naszego sklepu w C.H. Blue City. Napotkana przez Ciebie sytuacja to nasze przeoczenie, które oczywiście nie powinno mieć miejsca. Produkty w ostatnim dniu przydatności do spożycia nie powinny znajdować się na półce. Przepraszamy Cię za tą sytuację i oczywiście zapraszamy podczas kolejnych zakupów do Punktu Informacyjnego naszego sklepu gdzie zwrócimy Tobie pieniądze za te towary. Przepraszamy i jednocześnie dziękujemy za zgłoszenie nam tego sygnału. Pozdrawiamy!”

Co myślicie o takim załatwieniu sprawy?

Moralność użytkowa

Zrzut ekranu 2014-11-10 o 14.05.05

Pan Paweł lubi sobie pożartować. Na przykład z gwałtów.

Nic mnie tak nie zapienia w naszych mediach jak hipokryzja. Gdy po ubiegłotygodniowym ujawnieniu przez tabloidy nagrań z pijanym posłem Wiplerem, szarpiącym się z policją, zobaczyłem wzmożenie moralne szefa portalu Weszlo.com Krzysztofa Stanowskiego, zapienienie sięgnęło zenitu.

Facet do tej pory robił ceniony przeze mnie serwis piłkarski, zmienił oblicze mediów sportowych, bo jako pierwszy odważył się pisać to co myśli, nie idąc na układy i kompromisy (tak mi się przynajmniej kiedyś wydawało).

Ale kiedy zamiast piłką zaczął się krzewieniem moralności i etyki, skoczyło mi ciśnienie. Jako chwyt retoryczny do obrony Wiplera (żeby było jasne – wg mnie poseł dostał, na co zasłużył, inna sprawa to brak profesjonalizmu u zatrzymujących go policjantów) Stanowski użył sprawy Polańskiego. Już tytuł dał dobry: „Wsparcie dla gwałciciela, pogarda dla pobitego„. Chwytliwe, nie ma co. W tekście Stanowski udowadnia m.in., że gdyby to Monika Olejnik dostała pałą od policji, to pracę straciłby komendant policji (ale najpierw musiałaby po pijaku czołgać się po ulicach), a ogólnie Polska to dziki kraj. Może. Ma Stanowski prawo do takich poglądów. Ale szkoda, że nie jest konsekwentny.

Bo w czwartek Stanowski pisze, że „państwo polskie chroni dziada ściganego za zgwałcenie w dupę 13-latki” i „dziecięcy gwałciciel spotyka się też z wielką wyrozumiałością ze strony głównych mediów oraz tzw. autorytetów moralnych”.

dziad

W czwartek Stanowski piętnuje gwałcicieli.

tyson

W poniedziałek kolega Stanowskiego robi sobie na jego stronie z gwałtu żarty.

A w poniedziałek na swojej stronie publikuje felieton swojego kolegi, Pawła Zarzecznego, który o skazanym na trzy lata za zgwałcenie 18-letniej Desiree Washington pisze tak: „za gwałt na miss America – niewinny, zrobiła fajkę i oskarżyła”.

Za treści umieszczone na stronie odpowiada jej redaktor naczelny lub właściciel a w przypadku Weszlo osobą odpowiedzialną za treści nadal jest Krzysztof Stanowski. Czy coś się zmieniło w jego podejściu do gwałtu przez weekend? Czy sam siebie przez trzy dni zdążył zaliczyć do „głównych mediów wyrozumiałych dla gwałcicieli”? Albo do grupy „autorytetów moralnych”?

A może po prostu w całym tym wzmożeniu moralnym chodzi tylko o kliknięcia przekładające się na kasę, a czy tematem jest gwałt, czy faul, to sprawa drugorzędna?

PS. Nie, nie jestem obrońcą Jarosława Kuźniara, co zarzuca często adwersarzom Krzysztof Stanowski. Pan Kuźniar zablokował mnie na twitterze, za wytykanie mu różnych potknięć, więc ten argument się nie utrzyma 😉

Zabawmy się w Wielkiego Brata

Wszyscy wiemy, że w sieci z bezpieczeństwem trzeba uważać. Wszyscy? Chyba niekoniecznie. Właśnie trafiłem na stronę, której autorzy skutecznie wykazali, że tych „wszystkich” wciąż jest bardzo mało. 

Strona zawiera zbiór tysięcy linków do kamer internetowych z całego świata, których administratorzy nie zabezpieczyli we właściwy sposób więc możemy sobie obraz z nich przeglądać swobodnie, chociaż w raczej słabej jakości.

Pali licho, jeśli to kamera z Żabki. Ale jeśli możesz zajrzeć do klubu nocnego w Krakowie:

krk kamkrk kam 2

…mieszkania w Wielkopolsce:

pozn kam1

albo w Gorzowie:

Kobieta 1

…biura w Warszawie:

biuro kam

lub widok na kasę w krakowskiej aptece:

biuro kam

to chyba mamy nowy wymiar zabawy w Wielkiego Brata. Nie wiem co na to Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych ale ja nie mogę się oderwać.

Więcej kamer:  http://insecam.com/

UPDATE: Wczoraj o sprawie napisał też serwis Niebezpiecznik. I chyba parę osób się ogarnęło – dziś na stronie jest o ok. 200 kamer z Polski mniej. Ale wciąż można podglądać 686 polskich kamerek.

Nikt ci tyle nie da, co polityk obieca

Tytuł wpisu jest parafrazą powiedzenia krążącego w środowisku piłkarskim, gdzie wielu prezesów i menadżerów mami nierozgarniętych piłkarzy wizją nierealnych zarobków, a ci na te obietnice dają się nabierać. Ale do polityków też pasuje.

Czytam na stronie Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, że zapowiadają kolejny w przełom w e-administracji. Łatwiejszy dostęp do urzędów, załatwianie spraw bez wychodzenia z domu, itp, itd.

Zrzut ekranu 2014-08-27 o 14.14.22

I tak sobie myślę, że gdzieś już to czytałem. Trzy kliknięcia w archiwum Gazety Wyborczej i bingo!

Zrzut ekranu 2014-08-27 o 11.31.16

W 2009 roku, czyli dokładnie pięć lat temu urzędnicy obiecywali to samo! „Koniec z bieganiem z papierkami między biurkami, podpis elektroniczny w dowodzie. Rząd zapowiada rewolucję cyfrową w administracji!” – pisał Przemysław Poznański.

Rewolucja ciągle pozostaje w zapowiedziach, na stronach wielu urzędów trudno znaleźć aktualną zakładkę Biuletynu Informacji Publicznej, a co dopiero mówić o bardziej zaawansowanych kwestiach.

I właściwie to mnie nawet nie dziwi. Dziwi mnie tylko trochę lenistwo urzędników z ministerstwa.  Że im się przez pięć lat nie chciało niczego nowego wymyślić. Do zobaczenia za pięć lat, znowu posłuchamy o rewolucji w administracji.

Ciary

Najlepszy moment OFF Festivalu 2014? Kilka minut po tym kawałku, wychodzę z koncertu Artura Rojka, zza kulis wybiegają dzieci, które właśnie odśpiewały z nim „Beksę” i wrzeszcząc ze szczęścia rzucają się na szyje swoim rodzicom. Świeczki w oczach, ścisk w gardle, gęsia skórka. Kurtyna, dziękuję.

A oprócz tego ciary przez godzinę, z każdym kawałkiem Slowdive, wzruszenie na Belle&Sebastian, grymas rozczarowania na Kobietach (większy) i Mister D. (mniejszy).

Jak dla mnie co roku zmieniają się proporcje festiwalowych aktywności. 70/30 towarzyskie/muzyczne. Ale za rok i tak będę w Katowicach, choćby ze sceny prezydent miasta miał czytać swój program wyborczy. Rojkowi udało się stworzyć społeczność, ludzi którzy dobrze się ze sobą bawią, potrafią ze sobą współżyć bez chamstwa, bez agresji, z uśmiechem na twarzy, przy okazji słuchając muzyki. Niezależna Republika Offowa, trzydniowa enklawa na terenie Polski.

Do zobaczenia za rok.

 

Witajcie w ciężkich czasach

Na lotnisko w Trenczynie chce się wracać nie tylko z powodu widoków

Na lotnisko w Trenczynie chce się wracać nie tylko z powodu widoków

Spieszmy się kochać wielkie festiwale muzyczne – tak szybko umierają. Na szczęście tylko w Polsce. Po wizycie na Pohodzie stwierdzam, że Mikołaj Ziółkowski i koledzy powinni się wybrać na Słowację po naukę jak wyjść z kryzysu.

Jako pierwszy czołowe zderzenie z rynkiem zaliczyli organizatorzy Pozytywnych Wibracji. Festiwal został odwołany, oficjalnie z powodów niezależnych od organizatorów. Nieoficjalnie z powodu znikomej liczby sprzedanych biletów.

Kolejny szok przeżyli organizatorzy Orange Warsaw Festival – przygotowali zgrabny zestaw wykonawców, promocję mieli znakomitą, ale Stadionu Narodowego nie zapełnili. Nie lepiej było na Openerze. Szef festiwalu Mikołaj Ziółkowski nie tak wyobrażał sobie pierwszą edycję bez sponsora tytularnego. Nie dość, że pieniędzy mniej, to i ludzie odwrócili się od trójmiejskiej imprezy, a korespondenci donosili o pustkach pod scenami.

Sam byłem ciekaw, jak na tym tle wypadnie słowacka Pohoda. Jeżdżę tam od pięciu lat, wcześniej bywałem na Roskilde, Openerze, OFF-ie i wielu innych festiwalach. Ale tylko Pohodzie jestem bezwględnie wierny. W Trenczynie w tym roku też było mniej ludzi, niż podczas poprzednich edycji. Ale spadek był ledwie zauważalny. Organizatorzy byli tego świadomi. – Nie jestem optymistą w kwestii przyszłości dużych festiwali. Zmienia się sposób słuchania muzyki, ludzie słuchają piosenek, a nie albumów czy konkretnych grup. Festiwale przetrwają, ale będą rozrywką dla koneserów – mówił Michał Kascak, dyrektor festiwalu w wywiadzie dla zapowiadającej festiwal gazety “Tydzień”. W ostatni weekend Kascak udowodnił, że  do zmian przygotował się znakomicie. Dlaczego udało się Słowakom, a Polacy polegli?

 

Gwiazdą numer jeden Pohody był w tym roku Kraftwerk

Gwiazdą numer jeden Pohody był w tym roku Kraftwerk

1. “Nie tylko muzyka!”. To zarzut głównie do Openera, który za sprawą swojego szefa Mikołaja Ziółkowskiego stał się narzędziem dla hipsterów do zaspokajania własnej próżności i odhaczania kolejnych zespołów z recenzji Pitchforka. Ale kryzys muzyki sprawił, że narzędzie się zepsuło. Na Pohodzie muzyka jest tylko okazją do zabawy, pretekstem do spotkania, rozmowy. Atmosferze bliżej do wiejskiego festynu niż wielkomiejskiego eventu. A organizatorzy nie wstydzą się rozstawić straganów z watą cukrową, karuzeli, czy stołu do pingponga. I wygrywają na tym to co bezcenne – szczęście widzów.

2. “Szczerość!” – jeśli kupuję bilet na Orange za ciężkie pieniądze to oczekuję, że dostanę koncerty uznanych gwiazd w dobrej jakości. A dostaję bezkształtną dźwiękową magmę, bo nikt nie chce przyznać, że Stadion Narodowy nie da się odpowiednio nagłośnić. Raz można widza nabrać, ale za rok może być ciężko… Pamiętam na Pohodzie kilka lat temu występ The Teenagers. Francuzi przyjechali kompletnie pijani. Ale organizatorzy dali im szansę, przenieśli koncert o kilka godzin. Jednak zespół na scenie zachowywał się skandalicznie, więc koncert został przerwany a widzowie przeproszeni. Bo od zadowolenia gwiazd ważniejszy jest szacunek publiczności.

3. “Chciwość jest zła!” – ceny za bilety na Orange były zabójcze nawet dla dobrze zarabiających warszawiaków. Za to pomysł Ziółkowskiego, żeby dzieci wchodzące na Openera płaciły nawet ponad 300 złotych uważam za skandaliczny.

Pohoda jest wyjątkowo "kids friendly". To się opłaca!

Pohoda jest wyjątkowo „kids friendly”. To się opłaca!

U Słowaków dzieci wchodzą za free, w dodatku wygospodarowano dla nich specjalne pole z licznymi udogodniami, a na festiwalu czeka ich mnóstwo atrakcji. Efekt? Tysiące rodzin przyjeżdża na Pohodę w pełnym składzie i przez trzy dni nie opuszcza terenu imprezy. Jak się domyślacie, wydają w tym czasie więcej pieniędzy niż niedojadający licealiści w Gdyni. Niby takie oczywiste…

4. “Społeczość”. Twórcy Openera liczyli, że rozstanie z Heinekenem nie będzie bolało, bo ktoś wskoczy na jego miejsce. Nie wskoczył. Liczyli, że sprawdzone zespoły przyciągną publikę. Nie przyciągnęły. (Ileż razy można słuchać od Eddiego Veddera, że jesteśmy najlepsi?). Okazało się, że marka Opener jest pusta, nie stoją za nią żadne wartości, można się bez nie obyć.

Oni na Pohodę wrócą. Ciekawe ile osób wróci na Orange?

Oni na Pohodę wrócą. Ciekawe ile osób wróci na Orange?

Atmosfera stworzona przez organizatorów Pohody sprawia, że pierwsza pula biletów, dystrybuowana jesienią, gdy jeszcze nie wiadomo kto zagra za kilka miesięcy, rozchodzi się w kilka tygodni. Ludzie jadą na lotnisko w Trenczynie nie dla konkretnych zespołów. A w festiwalowym sklepie ludzie wykupują koszulki z logo imprezy, a nie z wizerunkiem największych gwiazd.

Pohoda jest marką, pod którą organizowane są imprezy także poza sezonem letnim. I sprzedają się, bo ludzie ufają marce. Wiedzą, że wstydu nie będzie, że zawsze znajdą coś dla siebie, ale przede wszystkim będą się dobrze czuć i dobrze bawić. Nie przeszkadza im chamska ochrona, nikt nie mówi, gdzie mogą iść z piwem, a z rozrywek pozamuzycznych czeka ich więcej niż napuszone teatry, artyści i pokazy mody. Co do mody na Słowacji – zero hipsterów, pozerstwa i jakoś wszyscy szczęśliwi!

Na Pohodzie nie tylko Brett Anderson odleciał

Na Pohodzie nie tylko Brett Anderson odleciał

Zalecam wszystkim organizatorom polskich festiwali – pojedźcie za rok do Trenczyna. Odpuśćcie Roskilde, Primaverę, Glastonbury. Do Zachodu nam jeszcze baaardzo daleko. Ale spróbujcie dogonić Słowaków. Albo sami zostaniecie pogonieni szybciej niż wam się wydaje…

Jak parkuje szef Cocomo, czyli czasem nie warto mieć ferrari

Ferrari w Białymstoku

Ostatnio cicho było o szefie klubów gogo Cocomo, Janie Szybawskim, więc młody biznesmen postanowił o sobie przypomnieć. W piątek jego auto zaparkowało na parkingu jednej z galerii handlowych w Białymstoku. Ale kierowca chyba się bardzo spieszył, bo wybrał miejsce dla niepełnosprawnych.

Wytropili go dziennikarze Kuriera Porannego, jednak chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z kim mają do czynienia. Ja z kolei to ferrari znam dobrze 🙂 Samochód pojawia się w 1:27 min. filmu. To służbowe auto szefa Cocomo, ferrari california, bodajże rocznik 2012, ściągnięty z Niemiec, jak informował mnie sam biznesmen.

Swoją drogą myślałem, że Jan Szybawski będzie bardziej szanował prawo, skoro na głowie ma policję, urząd skarbowy i kilka innych instytucji. Ostatnio zresztą kolega opowiadał, że minął na autostradzie ferrari Szybawskiego, który jako jeden z nielicznych przestrzegał przepisów i wlekł się po autostradzie czarnym super-autem nędzne 130 km/h.

Desperacki chwyt Krakowa. Ale z wiarygodnością ciągle słabo…

Screenshot_2014_05_19_18_42_07Po ustawieniu bramy, liczącej zwolenników Igrzysk (upadłej bramy, trzeba dodać), żałosnej kampanii bilbordowej, komitet Kraków 2022 wykonał kolejny krok, zgodnie z dotychczasową zasadą „chcemy dobrze, a wyszło jak zwykle”.

Na stronie krakow2022.org pojawił się list, w którym krakowianie są przekonywani, jakie to korzyści ich czekają, jeśli zagłosują za igrzyskami zimowymi pod Wawelem. Treść listu to piarowy bełkot, z którego niewiele wynika. Ale mnie zainteresowało, kto podpisał się po listem.

Otóż gdzieś tak z 95 proc. sygnatariuszy to osoby, które bezpośrednio są zainteresowane organizacją igrzysk, bo zyskają na nich finansowo (sportowcy) lub są zależne od lokalnych władz i pewnie miały niewielkie pole manewru, żeby odmówić podpisu (głównie urzędnicy i artyści związani z krakowskimi instytucjami kultury).

Jak dla mnie nie wygląda to dobrze, jeśli do Igrzysk przekonuje mnie ks. Augustyński, założyciel Stowarzyszenia Siemacha, które żyje w symbiozie finansowej z miastem (m.in. jest operatorem zbudowanego przez miasto centrum Com Com Zone), albo Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda, którzy wychodzili sobie Muzeum PRL w Nowej Hucie. I do tego Lech Wałęsa, który jak wiadomo zawsze jest za a nawet przeciw.

Sorry, ale jeśli to są pomysły warte 48 tysięcy, to ja tego nie ogarniam…

Katowice, czyli dlaczego mówię “nie” openerom i orangom

Pohoda

Kurs tańca ludowego? Jakoś tego nie widzę na Openerze 😉 Na Pohodzie to hit

Na bilbordach, w kinach i telewizjach zaczęła się ofensywa reklamowa letnich festiwali. Brakuje reklam tego najlepszego. Ale on zachęcać specjalnie nie musi, jego wyznawców nie trzeba przekonywać co dobre.

Nie wybieram się na Orange, bo festiwal na stadionie jest zaprzeczeniem idei festiwalu, czyli rozlewającej się po wolnej przestrzeni wolności, swobody i luzu, a nie bliższego kontaktu z betonem. Nie mam też przekonania do warszawskiej publiki, zblazowanej, zmęczonej, skoncentrowanej na sobie, niezainteresowanej lub nieznającej się na muzyce. Oglądanie i słuchanie czegokolwiek w ich towarzystwie jest średnią przyjemnością. Nawet Pixies. Choć oglądanie Pixies bez Kim Deal to w ogóle jakaś pomyłka…

Z podobnych powodów nie wybieram się do Gdynii. Opener zjadł jego własny sukces. I ego Mikołaja Ziółkowskiego. On przytłacza ten festiwal, sprawił, że z sympatycznego, klimatycznego miejsca Opener stał się fabryką z przymusem dobrej zabawy, opresją lansu i komercją, która wyparła klimat.

Tego wszystkiego czego nie znajdę w Gdynii ani Warszawie szukam na Słowacji i w Katowicach. Pohoda w Trenczynie to największy festiwal u naszych południowych sąsiądów, ale wciąż kameralny. A Słowacy potrafią cieszyć się muzyką, jak my gdzieś takjeszcze  w połowie lat 90. No i są o niebo bardziej wyluzowani. Na polu namiotowym ani pod scenami nie trwa pokaz mody i napinka, kto lepiej wypadnie. Oj nie 😉

Wielu wykonawców z Pohody chwilę później  zobaczę na OFFie. Ale i tak pojadę tam jak co roku jak na skrzydłach. (mam tylko nieobecność usprawiedliwioną dwa lata temu – gdy wybuchła afera Amber Gold szefowie ściągali mnie z drogi, wysiadłem z samochodu znajomych w Mszczonowie i stopem wracałem do Wawy, żeby za chwilę ruszyć do Gdańska… ).

W Dolinie Trzech Stawów przez te trzy dni wytwarza się atmosfera, która ładuje mnie na cały rok – pozwalająca uwierzyć, że chociaż powoli staję się starym piernikiem, to dookoła jest mnóstwo podobnych ludzi, z podobną pasją, pozytywnych, pogodnych, a Polska to nie jest dziki kraj 😉 Uwierzcie, nic nie smakuje tak jak Japandroids albo Patyczak w sosie katowickim 😉