Jak parkuje szef Cocomo, czyli czasem nie warto mieć ferrari

Ferrari w Białymstoku

Ostatnio cicho było o szefie klubów gogo Cocomo, Janie Szybawskim, więc młody biznesmen postanowił o sobie przypomnieć. W piątek jego auto zaparkowało na parkingu jednej z galerii handlowych w Białymstoku. Ale kierowca chyba się bardzo spieszył, bo wybrał miejsce dla niepełnosprawnych.

Wytropili go dziennikarze Kuriera Porannego, jednak chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z kim mają do czynienia. Ja z kolei to ferrari znam dobrze 🙂 Samochód pojawia się w 1:27 min. filmu. To służbowe auto szefa Cocomo, ferrari california, bodajże rocznik 2012, ściągnięty z Niemiec, jak informował mnie sam biznesmen.

Swoją drogą myślałem, że Jan Szybawski będzie bardziej szanował prawo, skoro na głowie ma policję, urząd skarbowy i kilka innych instytucji. Ostatnio zresztą kolega opowiadał, że minął na autostradzie ferrari Szybawskiego, który jako jeden z nielicznych przestrzegał przepisów i wlekł się po autostradzie czarnym super-autem nędzne 130 km/h.

Reklamy

Cocomo – robi się coraz ciekawiej

uwaga

Poszedł do Cocomo i stracił milion z karty – to już było. Ale poszedł do Cocomo i obudził się we własnym mieszkaniu bez cennych rzeczy, z rozwalonymi drzwiami? Sieć klubów gogo nieustająco dostarcza “ekstremalnych” historii.

Mój ostatni konik, sieć klubów gogo Cocomo nie przestaje mnie zaskakiwać. Na razie jej szef, Jan Szybawski może triumfować, bo sąd uznał, że klient, który zapłacił w poznańskim lokalu 970 tys. złotych za szampany i pląsy tancerek, sam jest sobie winny. No cóż, nieudolna policja i prokuratura próbowały wykpić się naprędce zebranymi dowodami, więc inaczej się to nie mogło skończyć.

Ale mam lepszą, świeższą  historię związaną z Cocomo. Nie pytajcie skąd, nie pytajcie jak, ale kolejną “ofiarę” sieci klubów gogo znalazłem na forum erotycznym, gdzie koneserzy wymieniają się uwagami o jakości obsługi w agencjach towarzyskich, urodzie prostytutek, ich umiejętnościach i podobnych historiach.

Dziś na stronie pojawiła się historia pana, który postanowił przetestować klub w Łodzi. “Polazłem jak ta pizda do tego jebanego Cocomo. Wiedziałem że idę do paszczy lwa, więc zaopatrzony tylko w gotówkę, stary telefon na kartę i bez dokumentów”.

Pan został zwabiony przez naganiaczki z różowymi parasolkami – na marginesie, tylko proszę się nie denerwować ciężko pracującą klaso średnia, te panie z parasolkami zarabiają nawet po 7 tysięcy złotych, te na rurce i po 35 tys. Klient siadł, wypił piwo, pogadał z dziewczynami, a potem… Oddajmy głos zainteresowanemu:

Proszę o kolejne piwo, ale bez pigułki gwałtu. Sztuczny śmiech na twarzy mojej towarzyszki, więc się śmiejemy sztucznie oboje. Była mniej więcej 2 w nocy. Dalej nie pamiętam absolutnie nic, po prostu zero.

Kolejne fakty:

Budzę się w mieszkaniu ok godz 14, brak laptopa, brak płyt DVD, brak kluczy do mieszkania. Drzwi jakby po uderzeniu siekierą, rozjebany wizjer. What the fuck? Ani prześwitu co się działo w nocy, nic, absolutnie nic, nogi jak z waty, miałem kaca setki razy, to nie to”.

Pan ze wstydu nie poszedł na policję, nie poszedł z reklamacją do klubu, nawet na forum wpisał się pod fałszywym nickiem. Szczegóły jego historii tu.

A mnie zastanawia co te
ż musi się stać, żeby takie historie niezadowolonych klientów przestały się pojawiać co najmie
j raz w tygodniu. Panie Janie?