Jak parkuje szef Cocomo, czyli czasem nie warto mieć ferrari

Ferrari w Białymstoku

Ostatnio cicho było o szefie klubów gogo Cocomo, Janie Szybawskim, więc młody biznesmen postanowił o sobie przypomnieć. W piątek jego auto zaparkowało na parkingu jednej z galerii handlowych w Białymstoku. Ale kierowca chyba się bardzo spieszył, bo wybrał miejsce dla niepełnosprawnych.

Wytropili go dziennikarze Kuriera Porannego, jednak chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z kim mają do czynienia. Ja z kolei to ferrari znam dobrze 🙂 Samochód pojawia się w 1:27 min. filmu. To służbowe auto szefa Cocomo, ferrari california, bodajże rocznik 2012, ściągnięty z Niemiec, jak informował mnie sam biznesmen.

Swoją drogą myślałem, że Jan Szybawski będzie bardziej szanował prawo, skoro na głowie ma policję, urząd skarbowy i kilka innych instytucji. Ostatnio zresztą kolega opowiadał, że minął na autostradzie ferrari Szybawskiego, który jako jeden z nielicznych przestrzegał przepisów i wlekł się po autostradzie czarnym super-autem nędzne 130 km/h.

Reklamy

Jak w pijackim widzie

Po tragedii w Kamieniu Pomorskim pierwsi obudzili się politycy. Chociaż często wydaje mi się, że Himalaje hipokryzji już zostały osiągnięte, oni ciągle wspinają się wyżej.

Zamiast chwili zadumy, refleksji nad śmiercią sześciu osób, ordynarna polityczna jatka, jak przekupy na targowisku: “wyższe kary za jazdę po pijaku!”, “konfiskata samochodu!”, “czerwona naklejka na samochodach pijanych kierowców!

Pomysły głupie, głupsze i najgłupsze. Licytować można dalej, za chwilę ktoś zażąda kary śmierci. Ale nikt nie zadaje sobie pytania, czy to ma sens. Stany Zjednoczone mają surowe prawo, łącznie z karą śmierci. Czy dzięki temu są bezpieczniejszym krajem? Nie sądze, statystyki przestępczości temu przeczą. Za to mają w USA największą liczbę wieźniów przypadającą na mieszkańca i miliardy dolarów topione w niewydolnych więzieniach.

Tysiące pijanych kierowców w Polsce to nie wynik łagodnego prawa, ale społecznego przyzwolenia na jazdę po pijaku. Nie jestem naukowcem, żeby wnikać skąd to przyzwolenie się bierze. Ale mam głębokie przekonanie, że fatalny przykład idący od elit, ma na to swój delikatny wpływ. Dlaczego po pijackich wyczynach posła Wiplera, Kaczmarka, Biernata albo wcześniej Cieślaka ich koledzy nie potępili tych zachowań? Dlaczego nie spotkał ich ostracyzm?

Wiem, że żaden z nich nikogo po pijaku nie zabił. Ale ich wyczyny i tolerancja albo nieme przyzwolenie dla nich innych polityków utrwalają polską kulturę picia, która w efekcie prowadzi do takich tragedii jak w Kamieniu.

A skoro fatalny przykład dają posłowie, czyli wybrańcy narodu, to dlaczego mielibyśmy więcej wymagać od samego narodu? Zatem panowie posłowie! Zanim zaczniecie znowu dzielić się swoimi pomysłami, spójrzcie w lustro i policzcie w pamięci ilu pijanych kolegów wsiadło przy was po imprezie do samochodu, z iloma sami jechaliście i ile razy pozwoliliście na podobne zachowania. A potem możecie licytować dalej…

Fartuszek dla posła

Jest w języku polskim takie piękne powiedzenie “robić z gęby cholewę”. Jest też “rzucać słowa na wiatr”. Albo “obiecywać gruszki na wierzbie”. Wszystkie znaczą mniej więcej to samo. I wszystkie nadają się idealnie do wyszycia na fartuszku, który wierni wyborcy powinni podarować pod choinkę posłowi Józefowi Lassocie.

A szczególnie o taki prezent powinni zatroszczyć się mieszkańcy gminy Mogilany. Ich miejscowość dzieli na pół ruchliwa “zakopianka”. Żeby dojść do szkoły albo sklepu trzeba pokonać cztery pasy pełne pędzących aut. Na prośbę o sygnalizację świetlną Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad odpowiada, że to niemożliwe, ograniczenia prędkości wielu kierowców nie przestrzega. Skutki są tragiczne.

Rozwiązaniem byłoby przejście podziemne lub kładka nad “zakopianką”. Oczywiście problemem jest brak kasy. Ale mieszkańcy Mogilan naiwnie uwierzyli, że skoro mają swoich przedstawicieli w Sejmie, a w dodatku ci przedstawiciele należą do rządzącej od kilku lat koalicji to może poprosić o pomoc jednego albo drugiego posła?

Jak pomyśleli, tak zrobili. Wśród posłów, którym postanowili zaufać był wspomniany Józef Lassota. Poseł się pewnie ucieszył, bo dzięki złożonemu w marcu 2012 r. zapytaniu mógł poprawić poselskie statystyki, oświadczenie w sprawie kładki wylądowało nawet na youtube’a.

Lobbystą pan poseł okazał się mizernym, minister Nowak przekazał mu grzecznie acz stanowczo, że ma jego prośby w głębokim poważaniu.

Walkę posła doceniały media, zapraszały, pozwalały mu dać wyraz trosce i oburzeniu, z uznaniem przyjmowały jego zabiegi. Jeszcze trzy tygodnie temu pan Lassota zapewniał w telewizji, że “podejmuje interwencje i będzie podejmował je aż do rozwiązania tego problemu”.

I oto nadchodzi ten dzień! 13 grudnia 2013 roku Sejm głosuje kolejne poprawki do budżetu. Wśród nich jedna, złożona przez grupę posłów PIS, zakłada sfinansowanie budowy kładki przez “zakopiankę” w miejscowości Gaj, gmina Mogilany. To może być piękne zwieńczenie długich starań, nie potrzeba heroizmu, no chyba, że za taki uznamy zagłosowanie za pomysłem politycznych przeciwników. Wystarczy nacisnąć przycisk. Raz. I rękę podnieść. Wybija godzina 12:58 i 23 sekundy. I co? I pstro!

Poseł Józef Lassota zagłosował przeciw sfinansowaniu kładki w Gaju. Tak samo zresztą jak jego partyjna koleżanka Jagna Marczułajtis, która wcześniej też o bezpieczne przejście walczyła, pisząc zapytanie.

– Posłowie Prawa i Sprawiedliwości wiedzieli, że ta poprawka nie mieści się w ramach budżetu państwa – tłumaczył się dziś Lasota w Radiu Kraków, nazywając poprawkę “poplistycznymi fajerwerkami”. I to mówi człowiek, który podczas tego samego głosowania poparł przekazanie z budżetu państwa 12,7 miliona złotych na starania Krakowa o przyznanie zimowych igrzysk olimpijskich, czyli „populistyczną bombę atomową”.

To jak będzie z tym fartuszkiem dla posła?